Witaj na moim blogu!

Pamiętam, jak jako dzieciak w przedszkolu budowałem motocykle z klocków. Dziś pokonuje tysiące kilometrów na dwóch kółkach. Jak do tego doszło? To długa historia, ale jeśli kochasz motocykle jesteś we właściwym miejscu!

Postanowiłem, że pierwszy wpis na blogu poświęcę mojej drodze do miejsca, w którym teraz jestem. Opowiem Ci o tym, skąd wzięła się moja pasja, jakie motocykle miałem i kiedy rozpocząłem swoją przygodę z podróżami na dwóch kółkach. Chcę podzielić się inspiracjami, pierwszymi krokami oraz tym, jak motocykle stały się nieodłączną częścią mojego życia.

Jak zaczęła się moja przygoda z motocyklami?

Motocykle towarzyszą mi od kilkunastu lat. Moja historia nie zaczęła się od klasyków, jak Jawa, WSK czy Romet. Pierwszym jednośladem, jaki trafił w moje ręce, był hiszpański motorower Derbi Senda SR50 z 2001 roku. To enduro o pojemności 49 cm³ i zawrotnej mocy, bo aż 3,5 konia mechanicznego. Kupiłem go zaraz po zdaniu karty motorowerowej w gimnazjum. 

Gdy byłem młodszy, ujrzałem u kolegi na podwórku motorynkę. Nie pamiętam czy dał mi się przejechać, ale pamiętam, że też takiej zapragnąłem. Nigdy do tego jednak nie doszło. Mimo ta iskra do motocykli tkwiła we mnie od zawsze. Skąd to zamiłowanie? Zawsze powtarzam, że to dzięki Tacie. Pamiętam, jak naśladował dźwięki motocykla, bawiąc się ze mną, gdy byłem jeszcze młodym szczylem. Już wtedy coś we mnie się rodziło. Gdy kiedyś ktoś zapytał mnie, kim chcę być w przyszłości, bez chwili zastanowienia odpowiedziałem: „Chcę ścigać się na motocyklach!”. Co ciekawe, myślałem wtedy o superbike’ach, chociaż nigdy wcześniej nie widziałem wyścigów w telewizji. Dziwne, jak kształtuje się nasza świadomość. Już w przedszkolu budowałem motocykle z klocków i odwracałem głowę za każdym ,,warknięciem,, przejeżdżającym ulicą. To Tata był tym, który jako pierwszy zaczął przekonywać Mamę, żeby dała zielone światło na zakup Derbi. Miałem już odłożone pieniądze, ale bez ich wsparcia kto wie, czy ta historia w ogóle by się zaczęła?

Pierwszy motorower i młodzieńcze przygody

W wieku 13 lat kupiłem Derbi Sendę SR 50. To był totalny sztos. Moi rówieśnicy też śmigali. W grupie mieliśmy same prawilne sprzęty: Simson SR50, Yamaha TZR 50, Aprilie SR 50, Gilere Runner, Peugeoty Speedfighty, itd… Tworzyliśmy paczkę, która jeździła gdy tylko było można, organizowaliśmy zloty motorowerowe na Ziemi Kłodzkiej. Byłem nawet współorganizatorem kilku z nich. Zajmując się głównie stroną medialną, promocją i marketingiem. To były złote czasy! Do dziś pamiętam, jak Tata na Yamaszce XTZ 660 Tenere z ‘92 dołączał do mnie na przejażdżki „wokół komina”. Z nim odwiedziłem mój pierwszy motocyklowy zlot ,,Frankenstein” w Ząbkowicach Śląskich.

Senda była moim oczkiem w głowie, w które wkładałem wszystkie pieniądze jakie miałem. Z czasem zacząłem ją ulepszać:  sportowy wydech Hebo Performance, zmiana przełożeń… Marzyłem o większym cylindrze 70 cm³, ale rodzice często sprowadzali mnie na ziemię: „Strata pieniędzy!”. Z perspektywy czasu muszę im przyznać rację, ale wtedy tym żyłem. Nie brakowało też pierwszych off-roadowych przygód: leśne drogi, szutry, błoto i jazda po śniegu i lodzie, w tym pierwsze poważniejsze gleby i połamane klamki sprzęgła. To były moje pierwsze lekcje jazdy terenowej. Do dziś wspominam to z sentymentem.

Gdy skończyłem 18 lat, zdałem prawo jazdy kategorii A2 i kupiłem Yamahę XTZ 660 Tenere z 1996 roku. To była mniejsza wersja 750-tki, ale singiel. Dźwignia ssania na kierownicy i zbiornik oleju w ramie, do tego ustawianie ręcznie rezerwy w kraniku – to było coś. Wtedy zaczęły się pierwsze dalsze wyprawy,  najpierw z Tatą, potem coraz częściej samemu, w tym nie zabrakło jazdy po bezdrożach Ziemii Kłodzkiej. Pamiętam maturę ustną z angielskiego i pytanie: „Jakie jest Twoje największe marzenie?”. Odpowiedziałem: „Chcę pojechać motocyklem w podróż do Azji”. Śmiałem się wtedy, ale to marzenie powoli zaczęło kiełkować. Gruzja kilka lat później było początkiem czegoś nowego, ale marzenie nie do końca zostało zrealizowane.

Na jakiś czas sprzedałem swoją Tenerkę i wyjechałem do Niemiec do pracy. Planowałem zarobić na wymarzony BMW F800 GS Adventure, ale… wkręciłem się w tuning samochodów. Obniżone zawieszenie, szersze felgi, detailing… tak jak moi rówieśnicy. Ale czegoś mi w tym brakowało. Raz na jakiś czas brałem Tatowego wtedy już DL650 V-Stroma i kręciłem się po okolicy. W końcu, w wieku 21 lat, zrobiłem pełne prawo jazdy kat. A i… ta iskra wróciła. Wiedziałem, że prędzej czy później kupię moto, ale wtedy nie wiedziałem co to będzie. Przeglądając filmiki na YouTube trafiłem na recenzję MotoBandy o Triumphie Tigerze 800. To był to! Intuicja mówiła, że to jest ten właściwy motocykl.

Nowy początek i pierwsze dalekie podróże

Mając Triumpha Tigera 800 XC, czułem, że otworzyły się przede mną nowe możliwości. Nie tylko miałem sprzęt, którym mogłem podróżować komfortowo na długich dystansach, ale przede wszystkim czułem, że to początek czegoś większego. Pierwszy dłuższy wyjazd z Tatą odbyliśmy w Bieszczady. Spakowani po brzegi, ruszyliśmy w trasę, robiąc 1600 km, a wracając przez Słowację. Pamiętam, jak wtedy rzuciłem mu pomysł: „A może by tak objechać Polskę wokół granic?”. Inspiracją była podróż dwóch motocyklistów na motorowerach, których śledziłem jeszcze jako dzieciak. Tacie pomysł się spodobał, więc zaczęło się planowanie.

Podróż dookoła Polski – 2018 

Rozpisywałem trasę dzień po dniu, godzina po godzinie. Pełen entuzjazmu, myślałem, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Dziś się z tego śmieję, bo nie wziąłem pod uwagę żadnych czynników zewnętrznych: pogody, zmęczenia, nieprzewidzianych sytuacji. Ruszaliśmy zgodnie ze wskazówkami zegara, zaczynając z Dolnego Śląska i kierując się zachodnią granicą w stronę Bałtyku. 

Wtedy zacząłem pisać pierwsze posty na Facebooku i wrzucać je na motocyklowe grupy. Nie spodziewałem się takiego zainteresowania – ludzie zaczęli komentować, zapraszać na kawę, pisać, że nas widzieli na trasie. To było miłe, ale wciąż dziwne. Nie byłem do tego przyzwyczajony. Wieczorami siadałem do telefonu i opisywałem naszą podróż. To była niesamowita przygoda, ale przede wszystkim ogromna lekcja. Podróżowanie nauczyło mnie cierpliwości, planowania i radzenia sobie w nieoczekiwanych sytuacjach. Najbardziej zapadło mi w pamięć Podlasie i Bieszczady. Po raz pierwszy zobaczyłem meczety w Polsce i uświadomiłem sobie, jak różnorodna jest Polska.

Po objechaniu Polski poczułem, że chcę więcej. Kolejnym celem stały się Bałkany, celem numer jeden była Czarnogóra. Po raz pierwszy miałem możliwość sprawdzić się w prawdziwie górskich trasach, jeździć serpentynami, podziwiać krajobrazy, które wyglądały jak wyjęte z innego świata. Największym odkryciem był skrawek Albanii, droga SH20: dzika, surowa, a jednocześnie fascynująca. To wtedy wpadłem na pomysł z Tatem nazwania tej podróży „Bałkański Zwiad” – zwiad, bo eksplorowałem nowy teren, ale też zwiad, bo chciałem tam wrócić jeszcze kiedyś. Pierwszy raz miałem też drona – DJI Mavic Air. To otworzyło przede mną zupełnie nowe możliwości. Zacząłem dokumentować podróże w jeszcze bardziej filmowy sposób. Wtedy też poczułem, że tworzenie materiałów wideo może być czymś więcej niż tylko hobby. 

Po powrocie z Bałkanów czułem, że chcę spróbować czegoś nowego – samotnej wyprawy. Postawiłem na Słowenię. Dlaczego? Bo wracając z Bałkańskiego Zwiadu, zatrzymaliśmy się tam na chwilę, w małej wiosce nad błękitną, lodowatą rzeką. Skakaliśmy ze skał, byliśmy też nad jeziorem Bled. Zachwyciło mnie to miejsce.

Podczas samotnej podróży odkryłem coś nowego. Z jednej strony miałem pełną wolność, mogłem decydować o wszystkim, ale z drugiej… samotność dawała się we znaki. Wieczorami brakowało mi towarzystwa, rozmów, wspólnego śmiechu. To była moja pierwsza lekcja samotnego podróżowania, w której uczyłem się, jak radzić sobie z myślami, jak być swoim najlepszym kompanem. Wjechałem na szczyt Mangart i czułem ogromną satysfakcję. Słowenia była piękna, ale po tej wyprawie wiedziałem, że wolę podróżować z kimś, choć niekoniecznie w dużej grupie.

W 2020 roku, już w duecie z moim kumplem, który kupił BMW GS800, ponownie wróciłem na Bałkany. Tym razem bardziej terenowo, skupiliśmy się na Albanii, odwiedziliśmy SH20, Kanion Osumi, Durres, przejechaliśmy górskie szutry i sprawdzaliśmy, na ile nasze motocykle są gotowe na prawdziwą wyprawę. 

Przełomowa podróż do Gruzji

2022 rok. To był czas na kolejne wyzwanie – samotną wyprawę do Gruzji. Trzy tysiące kilometrów do granicy turecko-gruzińskiej, nowy klimat, nowi ludzie, inne drogi. Byłem lekko zestresowany, ale jednocześnie podekscytowany. Dlaczego Gruzja? Może dlatego, że jako kilka lat wcześniej obejrzałem film „5 dni wojny”, który opowiadał o konflikcie rosyjsko-gruzińskim w 2008 roku. Może dlatego, że wiedziałem, że Gruzini lubią Polaków i są niesamowicie gościnni. A może po prostu chciałem zasmakować tej przygody, bo wciąż ciągnęło mnie na wschód.

Miesiąc w Gruzji był podróżą życia. Dostałem więcej niż oczekiwałem. Codziennie odkrywałem coś nowego: ludzi, jedzenie, muzykę. Wróciłem z Gruzji nie tylko bogatszy o doświadczenia, ale też… z panduri, tradycyjnym gruzińskim instrumentem. To była podróż, która mnie zmieniła. Po powrocie do Polski czułem się jak ktoś, kto wrócił z innej planety. Wszystko tutaj wydawało mi się nudne, przewidywalne. Manifestowałem sobie, że ta wyprawa da mi dużo więcej pozytywnych doświadczeń, ale też dzięki niej stane się inną osobą, będę pewniejszy siebie, ale też pojawią się na mojej drodze nowe propozycje. 

Pod koniec 2022 roku nawiązałem współpracę z Triumph Polska, stając się ich ambasadorem. Przekazali mi na cały sezon 2023 Tigera 900 Rally Pro. W tym samym czasie rozpocząłem współpracę z MotorMind, co było dla mnie kolejnym krokiem w budowaniu marki Zulak MotoAdv. Zacząłem też dzielić się swoimi doświadczeniami nie tylko przez filmy, ale też na żywo. Prowadziłem prelekcje o swoich wyprawach, pisałem artykuły dla Świata Motocykli, a w pewnym momencie postanowiłem pójść krok dalej i napisałem przewodnik motocyklowy dla największego wydawnictwa w Polsce – PASCAL. Było to podsumowanie moich doświadczeń na dwóch kółkach. 

Jednym z projektów, z którego jestem szczególnie dumny, był baner bezpieczeństwa, który stworzyłem. Dolny Śląsk, a zwłaszcza odcinek drogi nr 8 łączący Wrocław z Kudową-Zdrój, to jedno z najbardziej niebezpiecznych miejsc w regionie, gdzie każdego roku dochodzi do wielu wypadków, często z tragicznym skutkiem. Chciałem przemówić głosem motocyklistów i przypomnieć kierowcom, że bezpieczeństwo na drodze zależy od każdego z nas. Na banerze umieściłem hasło: „Wspólna droga, wzajemne bezpieczeństwo”, a zawisł on przy wylocie z Kłodzka w stronę Ząbkowic. To był pomysł nietypowy – coś, czego wcześniej nikt nie zrobił. Chciałem być prekursorem i przekazać coś wartościowego zarówno motocyklistom, jak i kierowcom aut. Przypomnieć, że nie jesteśmy dla siebie rywalami na drodze, tylko uczestnikami tego samego ruchu, którzy powinni mieć do siebie wzajemny szacunek. Baner wisiał przez pół roku i wywołał sporo emocji. Pojawiały się różne opinie, niektórzy twierdzili, że „robię z siebie gwiazdę wsi”, ale dla mnie liczył się pozytywny odbiór i realny wpływ na świadomość kierowców. Nie chciałem robić tego dla siebie – chciałem zrobić coś, co choć odrobinę przyczyni się do poprawy bezpieczeństwa na tej trasie, którą sam często pokonuje. Jeśli dzięki temu choć jedna osoba zwolniła, pomyślała dwa razy przed ryzykownym manewrem i uniknęła wypadku to było warto.

Patrząc na to wszystko, myślę, że ta historia mogła też rozpocząć się od Taty, który kiedyś robił w zeszycie notatki z naszych wspólnych podróży. Dziś ja robię to samo, tylko na większą skalę. Moja droga jeszcze się nie kończy. Wręcz przeciwnie, dopiero się zaczyna!

Cieszę się, że tu jesteś i mam nadzieję, że zostaniesz na dłużej. Przed nami jeszcze wiele kilometrów do przejechania i historii do opowiedzenia.

Podobne wpisy