Panduri i inne cuda z Wrocławia. Czyli o tym, jak weekend potrafi zaskoczyć!

W poprzedni weekend Wrocław zamienił się w targowe miasteczko. Na Arenie Tarczyńskiego odbywały się Międzynarodowe Targi Turystyczne i Czasu Wolnego. Było sporo wystawców z całej Polski, trochę z zagranicy: Bułgaria, Gruzja, Czechy, Niemcy. Jednocześnie w Hali Stulecia odbywał się Wrocław Motorcycle Show. Jeszcze w piątek miałem myśl, że może jednak powinienem być tam, nie tu.

Piątek był… bardzo spokojny. Dużo ludzi, zainteresowanie niby było, ale czułem, że to nie do końca moje środowisko. Większość odwiedzających patrzyła na moje stoisko i zakładała, że sprzedaję motocykle albo organizuję wyprawy z przewodnikiem i rozpisanym planem. A przecież nie o to w tym wszystkim chodzi. Nie jestem biurem podróży. Opowiadam historie. Dzielę się tym, jak wygląda świat z motocykla, z mojej perspektywy, bardziej osobistej, bez masowego filtra. I choć pojawiło się kilka znajomych twarzy i parę osób, które naprawdę chciały posłuchać, miałem wrażenie, że może to nie jest miejsce dla mnie.

A potem przyszła sobota, niedziela i wszystko eksplodowało. Zaczęli pojawiać się ludzie, którzy naprawdę wiedzieli, po co tu przyszli. Motocykliści, włóczykije, ci którzy cenią wolność i przygodę. Niektórzy przyjechali specjalnie do mnie z różnych rejonów Polski, pokonując nawet 300 km. To były te momenty, które dają kopa do działania. Rozmowy, śmiech, wspólne historie. Stoisko ożyło. I mimo że nadal byłem raczej wyjątkiem na tle innych wystawców, to poczułem, że jestem w dobrym miejscu.

Miałem ze sobą kilka pamiątek z wypraw, w tym gruzińskie panduri. Tak dla żartu wrzuciłem na Facebooka wydarzenie „Koncert Zulaka na Panduri – Arena Tarczyńskiego”. I o dziwo, to zadziałało. Panduri przyciągało uwagę, a wraz z nim historia którą opowiadałem. Na pierwszym piętrze było stoisko Gruzinów, do którego poszedłem. Pomyślałem, że może ktoś z nich umie na tym grać, ale jednak się myliłem. Mimo to ucieszyli się, że przyniosłem im panduri. Wśród ludzi z Gruzji był David, jak się okazało, był generalnym dyrektorem ds. turystyki Batumi. Grał trochę na gitarze, więc spróbował nastroić panduri, ale jak sam powiedział to wymagało więcej czasu i teraz on nie da rady. Wpadł jeszcze raz w niedzielę i powiedział, że jak wróci do Gruzji po 15 kwietnia, to spróbuje znaleźć kogoś, kto gra na panduri i nagra mi kilka prostych akordów do nauki. Powiedział, że nie chce rzucać słów na wiatr. I wiesz co? Uwierzyłem mu. Bo czasem naprawdę czuć, że ktoś mówi szczerze. W sobotę poznałem też innego ciekawego gościa, tym razem Polaka, motocyklistę. Był też na targach jako reprezentant Klasztoru w Bromovie (Czechy). Od słowa do słowa okazało się, że grywa na wielu instrumentach strunowych, w tym też na bandżo i choć na panduri nigdy nie grał, to podjął się jej nastrojenia. Udało mu się! Po wielu latach od mojego przyjazdu z Gruzji usłyszałem zagraną melodię na moim instrumencie – mega się ucieszyłem. Dodał, że ten instrument ma wielki potencjał, mimo trzech strun i że nietypowo się go stroi: E,H,B

W niedzielę wpadli też wystawcy z Bułgarii. Jeden z nich – motocyklista, od razu zwrócił uwagę na mojego Tigera. Okazało się, że mieszka w Sofii i w trakcie rozmowy dodał, że jeśli kiedykolwiek będę czegoś potrzebował w Bułgarii to mam się odezwać. Zostawił mi kontakt i jeszcze opowiedział historię swoich przyjaciół, którzy ruszyli w 9-miesięczną wyprawę do Mongolii (moje marzenie) przez Rosję. Mimo trudnych czasów, nie mieli żadnych problemów ani z ludźmi, ani z policją. 

W niedzielę o 10:30 miałem też swoją prelekcję zatytułowaną: „Dlaczego motocykl to najlepszy sposób na odkrywanie świata?”. Byłem tam z ramienia Pascala. No i jak to bywa, nie obyło się bez przygód. Projektor nie chciał rozpoznać mojego MacBooka, a prezentacji, którą wcześniej przesłałem organizatorom, ich laptop nie potrafił otworzyć. Zrobiło się trochę nerwowo. Ale udało się, wrzuciłem wszystko do chmury, pobraliśmy na inny komputer i poszło. Prezentacja ruszyła. Sama prelekcja przebiegła dobrze, przynajmniej po minach widzów widziałem, że nie przysnęli. Było sporo uśmiechu, trochę energii, a o to mi właśnie chodziło. Nie tylko opowiadać, ale zostawić coś dobrego w tej sali. I udało się! A do tego poznałem kilka fajnych osób. Na przykład dwie sympatyczne kobiety z firmy Zmiany Zmiany które robią pyszne batony, bez zbędnej chemii, dodatków. Albo Wikingów z Herbs&Hydro, którzy tworzą naturalne kosmetyki i szampony w kostkach – coś co przetestuję niebawem w trasie. 

Sprzedałem też sporo książek Polska Motocyklem. Ale spokojnie, na warszawskie targi, które już za kilka dni, zabiorę kolejną partię. I teraz mogę uchylić rąbka tajemnicy… szykuje się druga część. Ale nie „Polska”. Tym razem świat. Bardziej autorska, osobista, z trasami GPX.

AHOJ PRZYGODO!

Podobne wpisy