Motocyklowa sielska podróż po Suwalszczyźnie – historie ludzi, trasy GPX
Jeśli nigdy nie byłeś na Suwalszczyźnie albo Podlasiu, to może właśnie ten wpis będzie dla Ciebie małym pstryczkiem, żeby to zmienić. Nie znajdziesz tu listy „TOP 10 atrakcji” ani typowego przewodnikowego podejścia. Bo ta trasa nie była o atrakcjach. Była o czymś więcej. Nie zabraknie tutaj jednak kilku miejscówek oraz tras, które przejechałem oraz trasy nr. (dopisać) z mojej książki Polska Motocyklem, która prowadzi przez ten region kraju.
Na Suwalszczyznę ruszyłem prosto z Warmii, tuż po zlocie Triumph Meet Up. Potrzebowałem trochę przestrzeni, takiej prawdziwej, bez ludzi, bez terminów, bez kalendarza, aby odetchnąć w sielance i przygotować się na wyprawę do Turcji. Noc spędziłem w agroturystyce Wigierska Zagroda w miejscowości Piertanie – 15 min jazdy od Suwałk. Zostałem tam cztery dni i to był dobry wybór, mimo że trzeciego dnia lało od rana do wieczora i z jazdy wyszły nici. Czwartego dnia, już przy lepszej pogodzie, spakowałem się, pożegnałem z gospodarzami i ruszyłem dalej na południe Polski. Ale zanim to się stało, miałem czas, żeby naprawdę poczuć ten region.
Codziennie z rana patrzyłem na mapę i decydowałem, gdzie dziś skręcę. Trasę rysowałem w programie BaseCamp na laptopie, przesyłałem na Garmina Zumo XT2 i ruszałem. Bez pośpiechu, bez ciśnienia, że muszę coś „zaliczyć”. Zaznaczałem atrakcje po drodze, czasem też korygowałem trasę w trakcie, np. w momencie gdy okazało się, że wytyczyłem szlak przez gospodarstwo, a potem przez rzekę, która nie wydawała się wielka, ale rolnik, który mnie zatrzymał powiedział, że tam są głębokie koleiny, bo ciągnikami tam jeżdżą na co dzień. Więc trzeba było zmienić kierunek i nie bawić się w amfibie Tigerem. To była jedna z najspokojniejszych i najbardziej wartościowych podróży jakie zrobiłem po Polsce w ostatnim czasie. Jechałem tak, jak lubię najbardziej. Chwilami po równym jak stół asfalcie, chwilami po szutrach. Czasem wolno, czasem szybko. Ale to, co mnie naprawdę złapało za serducho, to ludzie. Ich historie, rozmowy, kawałki życia, którymi się dzielili przy stole, na podwórku, czasem przy przypadkowym postoju. I wszystko zaczynało się od krótkiej sympatycznej rozmowy, która przy daniu chwili drugiej osoby wysłuchania rodziła się w opowieść.
Nocowałem u pani Haliny w Wigierskiej Zagrodzie. Niby zwykła agroturystyka, ale rozmowa z nią otworzyła przede mną zupełnie inną perspektywę. Po tym jak wysłuchała mnie, opowiedziała mi, jak jej rodzina trafiła do niemieckiego dokumentu o kuchniach regionalnych Europy kilkanaście lat temu. Pokazała ten film i w te kilkadziesiąt minut poznałem więcej niż przez cały dzień jazdy. A co ciekawe pani Halina kupiła moją książkę Polska Motocyklem. Takie spotkania zostają w głowie na długo. Ale były też nieco trudniejsze rozmowy. O tym, jak kiedyś w tych stronach uprawiano tytoń. Suszono liście, sprzedawano, dało się z tego żyć, bo to był główny zarobek całego gospodarstwa. A potem przyszła Unia Europejska, zmieniły się zasady, opłacalność spadła, wszystko się posypało i zostały tylko wspomnienia. Brzmi znajomo? Mi od razu przypomniała się Gruzja, gdzie rozmawiając ze starszym człowiekiem opowiadał mi, dlaczego nie chce by jego kraj wstąpił w unijne szeregi, dodając, że młodzi chcą bardzo, ale wtedy wyjadą z kraju, a Ci którzy żyją z gospodarstwa będą musieli się podporządkować. Rozmawiałem też z inną kobietą, jej rodzina zrezygnowała z hodowli bydła, bo koszty dostosowania się do unijnych przepisów były nie do przeskoczenia. 40–50 tysięcy złotych na modernizację obory. A ich cały ciągnik był wart 30. Czwórka dzieci, wszystko na styk. Po prostu nie stać ich na to było. W tym samym czasie duże gospodarstwa korzystały z dofinansowań w dużych kwotach na nowy sprzęt, maszyny za setki tysięcy, a nawet miliony. A mali odpadli. Zostali tylko ci, którzy mogą grać w tę grę. I właśnie dlatego nie chcę robić filmu typu „10 rzeczy do zobaczenia na Suwalszczyźnie”, choć pewnie i taki format lepiej się przyjmie na YouTube. Ja będąc tam chciałem po prostu być, jechać, zatrzymywać się tam, gdzie coś mnie zatrzyma. Pozwolić tej trasie płynąć swoim rytmem. Zagadywałem też ludzi kiedy była możliwość i byli skłonni do rozmów. Dwójka funkcjonariuszek SG pełniących służbę podrzuciła mi kilka lokalizacji, które warto odwiedzić. W niektórych byłem już kiedyś, ale podjechałem choćby na nowo powstały punkt widokowy w miejscowości Rowele, którego nie ma jeszcze nawet na Google Maps!
Z takich miejsc, które odwiedziłem i które szczególnie wzbudziły moją ciekawość, była miejscowość Puńsk. Tam pierwszy raz tak naprawdę dowiedziałem się czegoś więcej o Litwinach mieszkających na terenach polskich. W samej miejscowości Puńsk, Litwini stanowią 75% mieszkańców. Zajechałem do Muzeum Etnograficznego – Stara Plebania, gdzie przywitała mnie przemiła pani. Opowiedziała mi więcej o historii mieszkańców tych ziem i pokazała rękodzieło tworzone przez koła gospodyń zarówno z Litwy, jak i z Polski. Moją uwagę szczególnie przykuły litewskie ozdoby ze słomy, tzw. wiszące sady. Dowiedziałem się, że ta tradycja została wpisana na listę UNESCO. Ozdoby ze słomy znane są nie tylko na Litwie i w Polsce, ale też w innych krajach bałtyckich, w Skandynawii, na Białorusi czy w Rosji. W zależności od regionu nazywane są rajem, niebem, lichtarzem, żyrandolem… Ale nie chodzi tylko o dekorację, symbolizują one wszechświat, dobrobyt, mają chronić przed złem. W muzeum były też papierowe wycinanki, które wyglądały na piekielnie precyzyjne. Zapytałem, czy robi się je według jakiegoś szablonu. Pani tylko się uśmiechnęła i odpowiedziała: „Szablon ma się w głowie”. No i tym mnie kupiła. Zajrzałem też do Kościoła pw. Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, który stoi w samym centrum miejscowości. A na koniec, zakupy w Regionalnych Produktach Litewskich “Grudialis”, gdzie spróbowałem swojskiej kiełbasy i… kibinów – pieczonych pierogów z mięsnym farszem. Kibiny to tradycyjna potrawa karaimska, ale to Litwa je spopularyzowała. Pominąłem w Puńsku Wioske Dwóch Mistrzów oraz Zagrode Litewską z przełomu XIX i XX wieku, celowo bo chciałem jechać już dalej.
Po drodze odwiedziłem też jeszcze kilka innych miejsc. Nie wszystko było po kolei, nie wszystko jednego dnia, ale każde miało coś w sobie. Zatrzymałem się przy Jeziorze Hańcza – najgłębszym w Polsce. W miejscowości Przełomka, podjechałem na niewielki parking, z którego rozpoczyna się 500m szlak pod wieżę widokową na Górze Leszczynowej – krótkie podejście i świetny widok na cały ten pagórkowaty, polodowcowy świat. Byłem też na punkcie widokowym “U Pana Tadeusza” – nazwa brzmi jakby ktoś tam czytał epopeję z widokiem na jezioro. Wpadłem również na platformę widokową w rezerwacie Rutka. Byłem w połowie maja, tak więc nie było tłumów, w zasadzie nie było prawie turystów, może dlatego że było zimno. Rozmawiając z kilkoma osobami prowadzącymi chociażby agroturystyki, wielu mówiło że w tym roku sezon się opóźnił właśnie przez pogodę, bo normalnie o podobnej porze rok temu było cieplej, sporo osób przyjeżdżało na spływy kajakowe po Czarnej Hańczy.
W trakcie tej trasy przewinął się też Wigierski Park Narodowy, a razem z nim Pokamedulski Klasztor w Wigrach. Po drodze odwiedziłem też Dwór Miłosza w Krasnogrudzie – miejsce absolutnie wyjątkowe. To nie tylko dawny majątek związany z rodziną Czesława Miłosza, ale też przestrzeń, która dziś żyje literaturą, sztuką i pamięcią o jego twórczości. Co prawda spóźniłem się 30 minut – wejść do środka już nie można było, ale rozejrzałem się po parku. I wystarczyło. To miejsce, w którym zatrzymujesz się na dłużej. Chłoniesz przestrzeń, czytasz wiersze, a w głowie pojawiają się pytania, których na co dzień nie zadajesz. Czuć tam klimat pogranicza i w przyrodzie i w historii.
Trafiłem też w trudniejsze miejsce – Miejsce Mordu Żołnierzy 24 Batalionu KOP „Sejny”. Cisza, tablica, ślady pamięci. Tylko tyle i aż tyle. Dobrze czasem przypomnieć sobie, że nawet na takich pięknych trasach kryją się historie, które bolą. A gdzieś pomiędzy tym wszystkim poznałem jeszcze kilka suwalskich legend o jeziorze, które pochłonęło wieś, o czarcich kamieniach, o mnichu, który zniknął w lesie. Niby bajki, ale jak stoisz tam, gdzie rzekomo to się wydarzyło, to myślisz sobie: „Może coś w tym jest?”