ACT Rumunia. Moja przygoda na trasie Adventure Country Tracks
Za mną tydzień w Rumunii, podczas którego wspólnie z dwoma kumplami – Vlogerami: @MattADV i @AdvAnywhere przejechałem szlaki ACT. To była konkretna przygoda w siodle Triumpha Tigera 900 Rally Pro, pełna kurzu, błota, kałuż, szutru i pięknych górskich widoków, które ukazała nam Rumunia. Byłem w tym kraju już trzeci raz, ale ta jazda po ACT dostarczyła mi największych wrażeń i adrenaliny.
Na początek małe wyjaśnienie – czym właściwie jest ACT?
Adventure Country Tracks (ACT) to projekt stworzony przez stowarzyszenie ACT Adventure Country Tracks e.V., które powstało z inicjatywy firmy Touratech. Touratech jest głównym sponsorem przedsięwzięcia, ale wspierają je również inne marki z branży motocyklowej. Celem ACT jest wytyczanie legalnych tras off-roadowych w Europie, przygotowanych specjalnie dla motocyklistów i promowanie turystyki w mniej znanych, wiejskich regionach. Trasy ACT nie są tak wymagające i hardcorowe jak np. Trans Euro Trail. Zostały zaprojektowane przede wszystkim z myślą o motocyklach Adventure – to mieszanka odcinków asfaltowych i szutrowych, która daje frajdę z jazdy, ale nie wymaga ekstremalnych umiejętności. Więcej informacji od samym ACT znajdziesz tutaj
Jakie drogi są na ACT Romania? Czy jest trudno?
Trasa jest różnorodna. Odcinki w Rumunii to mieszanka prostych szutrów, przez szerokie leśne dukty, po kręte, kamieniste zjazdy w górach. Nie brakuje błota, luźnych kamieni i kałuż. W suchych warunkach, przyjemna techniczna jazda, do tego połączona z asfaltowymi ścieżkami, które ukazują piękną scenerię tego kraju. To istna przygodowa poezja. Po deszczu może być ślisko, z dużą ilością błota, wielkich kałuż.
Jaki jest poziom trudności?
To moja subiektywna opinia. Bazując na tym, co dotąd przejechałem, dałbym tej trasie 6/10. To nie jest szlak dla zupełnych świeżaków, ale też nie trzeba być mistrzem enduro. Jeśli czujesz się pewnie na szutrze, potrafisz ogarnąć sprzęgło na podjeździe i nie panikujesz na widok luźnych kamieni to spokojnie dasz radę.
W takich wyprawach kondycja i dobrze ogarnięty bagaż to podstawa. U mnie z tym drugim trochę nie wyszło – paski w torbie co chwilę puszczały, od jazdy po wertepach, a to doprowadzało mnie do szału. Miałem to wzmocnione dodatkowymi gumami, które pękły po kilku dniach. Nie miałem sakw, więc przed wyjazdem upchnąłem wszystko w jedną torbę na siedzeniu Triumph. Dorzuciłem jeszcze dwie małe, 5-litrowe torby Givi (normalnie mocowane na gmole, tym razem przeniesione na stelaże pod kufry) i plecak. Efekt? Środek ciężkości wysoko, mimo że uparcie trzymałem się minimalizmu. Zabrałem naprawdę niewiele rzeczy, ale i tak system bagażowy wkurzał mnie od pierwszych kilometrów. Plecak haczył o torbę, nic nie było poukładane tak jak zawsze, ciągle czegoś szukałem i w kółko przekładałem drona, żeby był pod ręką. Wtedy zatęskniłem za normalnie posegregowanym ekwipunkiem – tak jak zawsze to robiłem w kufrach. Dlatego wiem jedno: sakwy to dla mnie warunek konieczny. Wcześniej prawie ich nie używałem. Wyjątkiem był okres, gdy jeździłem swoim prywatnym Tigerem 800XC, wtedy korzystałem z sakw polskiego producenta Red Mamut (dziś Red Koyot). Kiedy jednak zacząłem jeździć motocyklami od Triumph Polska, jednym z warunków współpracy było korzystanie z akcesoriów tej marki, więc sakwy innych producentów odpadały, a sam producent w swojej ofercie nie ma sakw. Jakoś to przeżyłem przez ostatnie lata, ale bądźmy szczerzy w teren to tylko sakwy. Lżejsze, bezpieczniejsze i praktyczniejsze. I do tego chcę wrócić. Najbliżej mi do sakw Mosko, bo mam ich tankbaga Mosko Nomax V3.0 i jestem pod wrażeniem, jak solidnie został wykonany i jak sporo ma kieszonek – organizerów. Jedyny minus to cena, ale może uda się jakiś rabat załatwić…
Moja rekomendacja? Nie jedź sam. W dwie czy trzy osoby taka trasa to zupełnie inna jazda. Jest też bezpieczniej...
Jakie opony założyłem?
U mnie wjechały Dunlop Trailmax Raid. To nie pierwszy raz, kiedy po nie sięgam, bowiem już w 2024 roku sprawdziły mi się na Islandii i od tamtej pory mam do nich zaufanie. Cenię je za to, że dają dobrą przyczepność zarówno w terenie, jak i na asfalcie. Na Triumph Tiger 900 Rally Pro prowadzą się pewnie i dynamicznie. Na mokrym asfalcie nie ma mowy o uślizgach. Czuję, że mam pełną kontrolę. W terenie też robią robotę. Przód nie ucieka w błocie, a tył nie zalepia się tak mocno. Mam w pamięci opony Pirelli Scorpion STR, które po kontakcie z błotem zamieniały się praktycznie w slicki. Dunlopy pod tym względem wygrywają. Są to opony, które pozwalają na więcej niż tylko zjazd na szuterek. Dlatego do STR-ów raczej już nie wrócę. Trailmax Raid to miękka mieszanka, dzięki czemu prowadzenie jest świetne. Minus? Szybsze zużycie. U mnie wytrzymują około 10 tysięcy kilometrów. Ale coś za coś. Są też głośne, no ale od czego są stopery do uszu. Dziś bez nich i tak się nie ruszam.
Jakimi motocyklami pojechaliśmy?
To chyba najważniejsze pytanie, które pojawiło się w środku tego bloga. Nasza trójka ruszyła na typowo wyprawowych maszynach, ale każdy z nas miał zupełnie inny motocykl, dopasowany pod siebie. Ja jechałem na Triumph Tiger 900 Rally Pro (polift). Od trzech sezonów mam tę przyjemność testować najnowsze modele w roli ambasadora Triumph Polska, którzy wspierają mnie w moich pomysłach wyprawowych. MattADV pojechał swoim BMW F850 GS – i trzeba przyznać, że dał mu niezły wycisk. Mateusz ciągle uczy się jazdy w terenie. Jest skromny, ale serio potrafi dużo i na tym wyjeździe było to bardzo dobrze widać. Trzecim motocyklem był KTM 690 od Kevina z AdvAnywhere. Najlżejszy w całym zestawieniu. Tam, gdzie my ciężkimi adventurami musieliśmy się przeciskać, ryzykować i pocić, Kevin na KTM-ie przejeżdżał z lekkością, zwinnością i pazurem. Można by było powiedzieć, że Kevina motocykl to idealna opcja na tego typu przygody. Różnica w wadze? Na oko ponad 50 kg – a to w terenie robi naprawdę sporą różnicę. Wolniej jest tylko na asfalcie. Tam, gdzie z Mattem cisnęliśmy po winklach, KTM zostawał dużo z tyłu.
Czym nawigowaliśmy?
Tutaj był miks różnych rozwiązań. Ja miałem Garmina Zumo XT2. Od kilku sezonów korzystam z tego urządzenie i dużo mi to uprościło w wyznaczaniu nowych tras, planowaniu tracków, rysowaniu ścieżek GPX. Nie pobrałem tylko na tej wyjazd dokładniejszych map topograficznych, przez co nie wszystkie drogi w lesie miałem widoczne. Chłopaki jechali z telefonami: Jeden z Google Maps i CarPlay. Drugi mapy DMD na tablecie Hugerock
Gdzie spaliśmy?
Głównie spaliśmy na dziko, tak jak lubimy najbardziej. Tych noclegów było zdecydowanie najwięcej, do tego stopnia, że musiałem ratować się na stacjach paliw, podpinając drona pod szybkie ładowanie, bo nie zabrałem ładowarki samochodowej z adapterem do gniazda motocyklowego. Najczęściej rozbijaliśmy się nad rzekami i w lasach – zero ludzi, zero zasięgu. Jedną z nocy spędziliśmy w towarzystwie fantastycznych podróżników, Patrycji i Piotra (@myway.rtw), którzy wracali z rocznej wyprawy po Azji. Dwa razy wylądowaliśmy na zorganizowanym polu namiotowym, a ostatnią noc – na sam koniec spędziliśmy w hotelu. To był symboliczny akcent kończący wyprawę, po której każdy z nas rozjechał się w swoją stronę.
Czy były sytuacje niebezpieczne?
Było kilka momentów, które podniosły nam tętno. Pierwsza przydarzyła się już drugiego dnia – moja gleba. Wypadłem z drogi i uderzyłem głową w drzewo. Przez chwilę myślałem, że to koniec mojej jazdy. Całą sytuację pokazałem w tym filmie – naprawdę warto zobaczyć, bo daje do myślenia. Były też inne przygody: MattADV zaliczył kilka gleb, na szczęście bez poważniejszych konsekwencji. Trzeba było jedynie lekko zmodyfikować elementy w jego motocyklu. Kevina z kolei użądliło coś w szyję. Ja jestem alergikiem, więc w moim przypadku taka sytuacja mogłaby skończyć się gorzej. U niego opuchlizna nie wzrosła. Za to u mnie tak, po tym jak coś mnie ukąsiło pod okiem – efekt widać na zdjęciu. Mieliśmy też epizod z drogą „na skróty”. Chcieliśmy skrócić dojazd i wjechaliśmy na trasę w budowie. Stał zakaz wjazdu, ale byliśmy w lesie i uznaliśmy, że spróbujemy. Nie obyło się bez przepychanek i wzajemnej pomocy w kilku trudniejszych miejscach. Słowem – cały czas coś się działo. Już nie mogę się doczekać, by pokazać Wam pełny film z tego wyjazdu.
Czy spotkaliśmy niedźwiedzia?
Nie spotkaliśmy żadnego twarzą w twarz, ale to Rumunia – tam ich naprawdę nie brakuje. Widzieliśmy świeże ślady i odchody, więc świadomość ich obecności cały czas z nami była. Mieliśmy gaz pieprzowy, ale taki mały, typowo do samoobrony. Po drodze spotkaliśmy chłopaków z Nomad Sweden – oni mieli specjalne, duże butle gazu na niedźwiedzie, zamocowane na motocyklach tak, żeby zawsze były pod ręką. To jest coś, czym naprawdę warto się zainspirować. Mamy też wspólne zdjęcie z nimi. Pss.. ja jestem pod drugiej stronie obiektywu 😀 Staraliśmy się nie rozbijać obozu w typowych „niedźwiedzich miejscach”. Na wszelki wypadek MattADV zabrał petardy i dobrze zrobił. Jednej nocy, gdy rozbiliśmy się w lesie, pojawiły się dziwne szelesty tuż obok nas. Matt odpalił petardę i… cisza. Sen od razu stał się spokojniejszy.
Jakie wrażenia?
Dla mnie to był absolutny sztos. Góry, dzikość, świetne drogi i widoki, które zmieniały się każdego dnia. Z chłopakami jazda nabrała dynamiki, dużo sobie pomagaliśmy, a adrenalina mieszała się z czystą przyjemnością. Sam, gdybym jechał, pewnie odpuściłbym wiele odcinków ze względów rozwagi. W grupie jednak zdobywa się odwagę i razem można zrobić dużo więcej. Trasy ACT w Rumunii to było doświadczenie w pełnym tego słowa znaczeniu. Byłem w Rumunii już trzy razy, ale dopiero teraz poczułem jej prawdziwą dzikość – jadąc mało utartymi szlakami, przez wioski i górskie drogi. Jeśli lubisz wyzwania, ale nie szukasz totalnej ekstremy, to ACT w Rumunii może być Twoją przygodą. To świetna alternatywa, bo ACT to jednak lżejsza forma jazdy niż TET, a emocji i tak nie brakuje.
Czy polecam ACT?
Zdecydowanie tak, ale nie każdemu. Jeśli nie lubisz kurzu, błota, upału, zmęczenia i nieprzewidywalności to odpuść. My już w pierwszym dniu zmokliśmy totalnie przez wielkie kałuże, których nie dało się od tak ominąć. Jeśli jednak Twoje serce bije mocniej, gdy zjeżdżasz z asfaltu w kierunku nieznanego – ACT to Twój klimat. Powodzenia! Zulak