Motorem przez Filipiny. 35 dni w tropikalnym chaosie

Zacznijmy od tego, gdzie leżą Filipiny.
Z Polski w linii prostej to jakieś 10 tysięcy kilometrów. Żeby tam dotrzeć, musiałem wystartować z Wiednia, polecieć do Pekinu, tam spędzić kilkanaście godzin (przy okazji wyskoczyłem zobaczyć Wielki Mur), potem przesiąść się na samolot do Manili (stolicy Filipin), a z Manili złapać kolejny lot na wyspę Negros, gdzie wylądowałem w Dumaguete. To było docelowe miejsce, w którym rozpocząłem motocyklową przygodę.

Pierwsze zderzenie

Pierwsze kilometry? Chaos. Ruch uliczny to coś pomiędzy totalnym brakiem zasad a jakimś dziwnym, lokalnym systemem, który działa… tylko dla nich. Brak świateł na skrzyżowaniach nie przeszkadza w poruszaniu się. To wszystko płynie jak piasek przez palce. Każdy jedzie, każdy się przeciska i jakoś to działa. Skutery, jeepneye, trójkołowce, busy, wszystko miesza się w jednym miejscu. Masa klaksonów, hałasu, ale finalnie nikt się nie zatrzymuje. Motocykliści często bez kasków, albo w rowerowych. Bez lusterek. Bez uprawnień. A kierunkowskazy? Raczej zbędne. Kilkudziesięcioletnie ciężarówki, za którymi ciągnie się czarna chmura dymu, bo przecież diesel musi dymić. I to też ma swoje wytłumaczenie, bo przez wysokie opłaty importowe nowy sprzęt jest praktycznie nieosiągalny, więc Filipińczycy naprawiają i reanimują to, co mają. Na drodze wciąż można spotkać pojazdy, które amerykanie pozostawili po drugiej wojnie światowej. 

Jeśli chcesz zobaczyć, jak to wygląda naprawdę

Tego klimatu nie da się dobrze opisać w tekście. Przynajmniej nie teraz i nie tu. Dlatego z tej wyprawy powstaje seria odcinków na moim kanale YouTube Zulak MotoAdv, gdzie pokażę:

  • jak wygląda jazda po Filipinach

  • jak funkcjonuje tam życie

  • podrzucę wiele wskazówek 
  • atrakcji i miejsc wartych poznania
  • nie zabraknie też zulakowych przygód

👉 Zobacz filmy z wyprawy i oceń sam.
Pierwszy odcinek już w czwartek o 18:00 (19.03.2026)

Podobne wpisy